oj często miałam ich dosyć. Czułam się jak kloszard, gdy skalały po mnie w czasie snu, a ja nie miałąm siły by reagować...
wtorek, 27 stycznia 2009
2 kocurki
oj często miałam ich dosyć. Czułam się jak kloszard, gdy skalały po mnie w czasie snu, a ja nie miałąm siły by reagować...
Fenek
Przechodząc obok bramy nr 33 na ulicy Kusocińskiego dostrzegłem na środku betonowego podwórka małe, czarne kocię, leżące obok słupka trzepaka. Pomyślałem, że coś jest nie tak, w takim upale w sierpniu nawet ciepłolubne koty ukrywają się w cieniu. Wiedziałem, że to podwórze zamieszkuje kilka kotów, w tym dwa małe, gdyż od czasu do czasu zaglądałem tam, przynosząc im trochę karmy, jednak czarnego nie widywałem wcześniej.
Kotek próbował uciec wykonując niezgrabne ruchy, bardzo dziwnie przebierając tylnymi łapami. Skusiło go jednak jedzenie, które wyłożyłem na kawałku folii, musiał być wygłodzony, gdyż jadł bardzo łapczywie. Wyglądał na jakiś miesiąc. Zostawiłem go przy trzepaku i podszedłem pod okno opuszczonego mieszkania na parterze, gdzie gnieździło się kilka schorowanych kotów. Miałem wrażenie, że to betonowy krajobraz podwórza brudnej kamienicy tak wpływa na wygląd tutejszych mieszkańców, nie tylko kocich. Akurat jeden z tubylców wracał do domu. Kobieta przystanęła przed wejściem do klatki, przyglądając mi się z lekkim zaciekawieniem. Odezwałem się pierwszy, wyjaśniłem, że czasem dokarmiam te koty, gdy akurat przyjeżdżam do Łodzi, nawet planowałem wziąć jednego, może dwa z tych mniejszych i chorych, ale za dopiero dwa tygodnie. Powiedziała, że czarny jest najsłabszy, pojawił się po tej gwałtownej burzy i jako obcy
i najmłodszy jest bity
i gryziony przez inne. Ma chyba połamane tylne łapy, twierdziła pani.
Podszedłem jeszcze raz do małego i przyjrzałem mu się lepiej. Miał wyraźne braki sierści na tylnich łapach, poruszał się trochę nimi powłócząc. Decyzja była szybka. Miałem przy sobie pożyczony plastikowy pojemnik, przez producenta przeznaczony na prowiant na biwak, w sam raz dla kotka, który wybiera się w długą podróż. Trudno, właścicielka pojemnika, starsza pani opiekująca się kilkunastoma kotami w podwórzu innej kamienicy niedaleko mojego mieszkania, poczeka jeszcze kilka tygodni na zwrot. Mały piszczał, a raczej kwiczał przeraźliwie, gdy niosłem go do weterynarza, dlatego pozwoliłem mu połazić w poczekalni. Biedactwo nie wiedziało, gdzie się ukryć. Małemu zaaplikowano środek przeciw pchłom oraz doustnie coś na robaki. Weterynarz stwierdził, że kotek może mieć biegunkę, gdyż miał zabrudzony ogon, a małe koty mimo wszystko dobrze radzą sobie z wydalaniem.
Dojazd do Warszawy nie był dla kota łatwy – musiałem kilka razy go wyciągać z pojemnika
i zmieniać legowisko. Nie uniknął też mycia tyłka w stawie. Faktycznie miał biegunkę, której nie kontrolował, ale dzięki lekarstwu przeciw robakom pozbył się tasiemca. Gdy już w mieszkaniu
w Warszawie znalazłem go rano po pierwszej spędzonej nocy, leżał wycieńczony we własnych odchodach w przygotowanym specjalnie dla niego kojcu ze śpiwora. Przez pierwszy tydzień jego pobytu w mieszkaniu w Warszawie w zasadzie codziennie musiał być myty, co, jak wiadomo, dla kotów zawsze jest traumą.
Przed wizytą u weterynarza w Warszawie zajrzałem mu do uszu. Prawdopodobnie kotek nic nie słyszał, gdyż w każdej małżowinie usznej miał chyba z centymetr sześcienny jakiejś wydzieliny, przypominającej zaschnięte błoto. Zresztą najpierw pomyślałem, że to pozostałość po burzy, być może pływał w jakiejś kałuży. Lekarz zbadał kota gruntownie: mały miał świerzbowca w uszach, zapalenie ucha wewnętrznego, grzybicę skóry w tylnej części ciała i na tylnich łapach oraz biegunkę. Nie miał połamanych tylnych łapek. Kot dostał zestaw lekarstw i odpowiednią karmę, które miały doprowadzić jego układ pokarmowy do porządku oraz spray antygrzybiczny na sierść.
Po pierwszym tygodniu w mieszkaniu w Warszawie mały po raz pierwszy zaczął się bawić. Uczył się korzystać z kuwety, jednak zdarzało mu się załatwić gdzieś w kącie pokoju. Kolejną wizytę
u weterynarza zaliczył dwa tygodnie później, ale we Wrocławiu. Dostał wtedy ponownie środek na robaki i maść do ucha. Biegunka już mu minęła. W domu we Wrocławiu poznał też dwa dorosłe koty, w stosunku do których był bardzo zaczepny, szczególnie upodobał sobie Mimi, naszą kotkę. Wtedy też zaczął sypiać w łóżku i powoli się „socjalizował”. Tu pod swoje skrzydła wzięła go Ala.
Mały był cały czas na diecie. Przed powrotem do Warszawy spędził jeszcze weekend w wiosce pod Wałbrzychem, gdzie został przez moją mamę nazwany Fenkiem, z powodu dużych dysproporcji między cała głową a samymi uszami, co czyniło go podobnym do lisów pustynnych - Fenków. Po powrocie do Warszawy zaczął się kolejny dramat – Fenek dostał zatwardzenia, które u małych kociąt jest naprawdę niebezpieczne. Trzy razy miał wykonywaną lewatywę, ponadto otrzymał serię leków udrażniających przewód pokarmowy. W tym czasie też ujawnił się u niego koci katar. Kotek psikał, a oczka zaszły mu białą wydzieliną, po serii antybiotyków doszedł do siebie – pod tym względem – całkowicie po ponad tygodniu. Powoli problemy z zatwardzeniem również ustępowały.
Fenek zdołał mi uciec z pojemnika na jednym z przystanków w Warszawie, gdy jechałem z nim do weterynarza. Przeszedł pod wiatą i wbiegło na drogę pod stojący na światłach samochód. Na szczęście kierowca nie ruszył, wysiadł i pozwolił mi wyciągnąć małego spod samochodu, zza przedniego koła. Zdarzył się Fenkowi jeszcze jeden wypadek. W kuchni w Warszawie udało mu się wcisnąć łapę do zepsutego gniazdka, które było pod napięciem. Wysadził tym samym korki, ale, jak widać, udało mu się przeżyć również i ten zamach na jego życie.
Mamy nadzieję, że ta historia przybliży Państwu „dzieciństwo” Fenka i przekona, że przygarnięcie kotka było dobrym uczynkiem.
Kotek próbował uciec wykonując niezgrabne ruchy, bardzo dziwnie przebierając tylnymi łapami. Skusiło go jednak jedzenie, które wyłożyłem na kawałku folii, musiał być wygłodzony, gdyż jadł bardzo łapczywie. Wyglądał na jakiś miesiąc. Zostawiłem go przy trzepaku i podszedłem pod okno opuszczonego mieszkania na parterze, gdzie gnieździło się kilka schorowanych kotów. Miałem wrażenie, że to betonowy krajobraz podwórza brudnej kamienicy tak wpływa na wygląd tutejszych mieszkańców, nie tylko kocich. Akurat jeden z tubylców wracał do domu. Kobieta przystanęła przed wejściem do klatki, przyglądając mi się z lekkim zaciekawieniem. Odezwałem się pierwszy, wyjaśniłem, że czasem dokarmiam te koty, gdy akurat przyjeżdżam do Łodzi, nawet planowałem wziąć jednego, może dwa z tych mniejszych i chorych, ale za dopiero dwa tygodnie. Powiedziała, że czarny jest najsłabszy, pojawił się po tej gwałtownej burzy i jako obcy
i najmłodszy jest bity
i gryziony przez inne. Ma chyba połamane tylne łapy, twierdziła pani.
Podszedłem jeszcze raz do małego i przyjrzałem mu się lepiej. Miał wyraźne braki sierści na tylnich łapach, poruszał się trochę nimi powłócząc. Decyzja była szybka. Miałem przy sobie pożyczony plastikowy pojemnik, przez producenta przeznaczony na prowiant na biwak, w sam raz dla kotka, który wybiera się w długą podróż. Trudno, właścicielka pojemnika, starsza pani opiekująca się kilkunastoma kotami w podwórzu innej kamienicy niedaleko mojego mieszkania, poczeka jeszcze kilka tygodni na zwrot. Mały piszczał, a raczej kwiczał przeraźliwie, gdy niosłem go do weterynarza, dlatego pozwoliłem mu połazić w poczekalni. Biedactwo nie wiedziało, gdzie się ukryć. Małemu zaaplikowano środek przeciw pchłom oraz doustnie coś na robaki. Weterynarz stwierdził, że kotek może mieć biegunkę, gdyż miał zabrudzony ogon, a małe koty mimo wszystko dobrze radzą sobie z wydalaniem.
Dojazd do Warszawy nie był dla kota łatwy – musiałem kilka razy go wyciągać z pojemnika
i zmieniać legowisko. Nie uniknął też mycia tyłka w stawie. Faktycznie miał biegunkę, której nie kontrolował, ale dzięki lekarstwu przeciw robakom pozbył się tasiemca. Gdy już w mieszkaniu
w Warszawie znalazłem go rano po pierwszej spędzonej nocy, leżał wycieńczony we własnych odchodach w przygotowanym specjalnie dla niego kojcu ze śpiwora. Przez pierwszy tydzień jego pobytu w mieszkaniu w Warszawie w zasadzie codziennie musiał być myty, co, jak wiadomo, dla kotów zawsze jest traumą.
Przed wizytą u weterynarza w Warszawie zajrzałem mu do uszu. Prawdopodobnie kotek nic nie słyszał, gdyż w każdej małżowinie usznej miał chyba z centymetr sześcienny jakiejś wydzieliny, przypominającej zaschnięte błoto. Zresztą najpierw pomyślałem, że to pozostałość po burzy, być może pływał w jakiejś kałuży. Lekarz zbadał kota gruntownie: mały miał świerzbowca w uszach, zapalenie ucha wewnętrznego, grzybicę skóry w tylnej części ciała i na tylnich łapach oraz biegunkę. Nie miał połamanych tylnych łapek. Kot dostał zestaw lekarstw i odpowiednią karmę, które miały doprowadzić jego układ pokarmowy do porządku oraz spray antygrzybiczny na sierść.
Po pierwszym tygodniu w mieszkaniu w Warszawie mały po raz pierwszy zaczął się bawić. Uczył się korzystać z kuwety, jednak zdarzało mu się załatwić gdzieś w kącie pokoju. Kolejną wizytę
u weterynarza zaliczył dwa tygodnie później, ale we Wrocławiu. Dostał wtedy ponownie środek na robaki i maść do ucha. Biegunka już mu minęła. W domu we Wrocławiu poznał też dwa dorosłe koty, w stosunku do których był bardzo zaczepny, szczególnie upodobał sobie Mimi, naszą kotkę. Wtedy też zaczął sypiać w łóżku i powoli się „socjalizował”. Tu pod swoje skrzydła wzięła go Ala.
Mały był cały czas na diecie. Przed powrotem do Warszawy spędził jeszcze weekend w wiosce pod Wałbrzychem, gdzie został przez moją mamę nazwany Fenkiem, z powodu dużych dysproporcji między cała głową a samymi uszami, co czyniło go podobnym do lisów pustynnych - Fenków. Po powrocie do Warszawy zaczął się kolejny dramat – Fenek dostał zatwardzenia, które u małych kociąt jest naprawdę niebezpieczne. Trzy razy miał wykonywaną lewatywę, ponadto otrzymał serię leków udrażniających przewód pokarmowy. W tym czasie też ujawnił się u niego koci katar. Kotek psikał, a oczka zaszły mu białą wydzieliną, po serii antybiotyków doszedł do siebie – pod tym względem – całkowicie po ponad tygodniu. Powoli problemy z zatwardzeniem również ustępowały.
Fenek zdołał mi uciec z pojemnika na jednym z przystanków w Warszawie, gdy jechałem z nim do weterynarza. Przeszedł pod wiatą i wbiegło na drogę pod stojący na światłach samochód. Na szczęście kierowca nie ruszył, wysiadł i pozwolił mi wyciągnąć małego spod samochodu, zza przedniego koła. Zdarzył się Fenkowi jeszcze jeden wypadek. W kuchni w Warszawie udało mu się wcisnąć łapę do zepsutego gniazdka, które było pod napięciem. Wysadził tym samym korki, ale, jak widać, udało mu się przeżyć również i ten zamach na jego życie.
Mamy nadzieję, że ta historia przybliży Państwu „dzieciństwo” Fenka i przekona, że przygarnięcie kotka było dobrym uczynkiem.
Dziękujemy .
Alicja i Jan
Alicja i Jan
czwartek, 22 stycznia 2009
wtorek, 13 stycznia 2009
Subskrybuj:
Posty (Atom)




.jpg)
